COMFORT FOOD CZYLI ZDROWE JEDZENIE NA POCIESZENIE

Na blogu nastąpiła dłuższa przerwa. Kolejne przepisy powstają, są fotografowane, kilka wpisów o właściwościach roślin jest w trakcie tworzen...

Na blogu nastąpiła dłuższa przerwa. Kolejne przepisy powstają, są fotografowane, kilka wpisów o właściwościach roślin jest w trakcie tworzenia, powstało już nawet kilka sesji zdjęciowych prostych kosmetyków. Wbrew pozorom obrobienie zdjęć i napisie nawet krótkiego przepisu zajmuje sporo czasu. Jednak z blogiem wygrywają inne sprawy. Jest ich sporo, są ważne i bardziej realne, męczą ciało i zajmują umysł. Wśród nich są oczywiście przyjemności. Dziś szybko, choć nie krótko, pewnie z dużą ilością błędów, ale nie mam czasu tego po raz kolejny przeczytać.


W zeszłą sobotę wybrałam się na warsztaty z Dominiką Wójciak, laureatką MasterChef'a i autorką już kilku książek kulinarnych. Tematem warsztatów był comfort food, czyli wedłuj definicji jedzenie, które poprawia nastrój. To jedzenie pełne składników odżywczy i substancji naturalnych, które poprawiają nasze samopoczucie i dodaje sił. Właściwie pozostajemy w temacie jedzenia, które wspomaga pracę naszego ciała i umysłu. Właśnie o comfort food pisze dużo w swojej książce Nicole Just (LINK do recenzji), taką funkcję pełnią naturalne probiotyki, których odrobinę było ostatnio na blogu (LINK). Podejście do jedzenia Dominiki i Nicole jest bardzo podobne i jest wbrew pozorom całkiem racjonalna koncepcja, która wychodzi poza czysto odżywcze funkcje pożywni.


Jedzenie to nie tylko kalorie i podstawowe składniki, ale też podstawowy sposób na regulowanie pracy naszego organizmu. Koncepcja comfort food czy bardziej szeroka diety funkcjonalnej, czyli wykorzystanie diety w prewencji chorób lub pomocniczo w walce z nimi jest do wykorzystania w życiu codziennym. Utrzymanie dobrego samopoczucia dzięki odpowiedniemu dobieraniu posiłków jest oczywiście możliwe, prewencja wielu chorób także, ale leczenie błagam pozostawmy lekarzom specjalistom, a nie współczesnym znachorom i szarlatanom podważającym osiągnięcia współczesnej medycyny. 



Nie chodzi tu jedynie o terapie wykorzystujące leki uzyskiwane w wyniku chemicznej syntezy przez koncerny farmaceutyczne, ponieważ ta współczesna medycyna czerpie garściami z medycyny naturalnej i tradycyjnej, jeśli tylko współczesne badania potwierdziły jej skuteczność.  Tutaj pozostaje oczywiście bolesna w sumie kwestia dostępności do specjalistów, i braku dostępności do wielu skutecznych i nowoczesnych form terapii w Polsce. Jest też kwestia lekceważącego i bezusznego podejścia do pacjenta w naszej służbie zdrowia (co nie jest oczywiście regułą, ale też nie jest wyjątkiem). Pacjent w całym tym niewydolnym systemie pozostaje często bezradny, pozbawiony nadziei nie tylko na wyleczenie ale nawet dostępność do terapii. I wtedy wkracza medycyna alternatywna, dosłownie żerująca na ludzkiej bezradności i czerpiąca czysto materialne korzyści z dawania ludziom złudzeń.

Z własnego, zawodowego doświadczenia wiem, jak żmudna i trudna jest droga do udowodnienia działania substancji aktywnych, jak gęsta i subtelna jest sieć biochemicznych reakcji, jak wieloraka i indywidualna  może być reakcja organizmów żywych na nią,  i stwierdzenia jakiegoś szarlatana, że sam stosuje daną substancję czy szerzej dietę, wiec należy uznać ją za dobrą i skuteczną, po prostu jest niemal fizycznie bolesne. Ja nawet wierzę, że niektóry z alternatywnych rozwiązań są dobre, pomocne, ale w momencie kiedy opóźniają rozpoczęcie właściwej terapii lub nawet od niej odstraszają są po prostu czysty złem i wyrachowany biznesem. Ciężki temat, zupełnie nie jak comfort food, ale przez ostatni tydzień wylało się na mnie z  internetu morze takich spraw.




Wracając do pozytywów czyli warsztatów - Dominika Wójciak jest ciepłą, pełną dobrej energii osobą, która jest po prostu pasjonatką tego co robi z ogromna wiedzą na temat pochodzenia, Historii, właściwości odżywczy potraw. Jej kuchnia jest dość prosta i intuicyjna, strasznie fajnie było słuchać jej opowieści jak komponuje dania i jakimi tropami smakowymi podąża, zęby uzyskać nowe zaskakujące połączenia. Warsztaty przypomniały mi po raz kolejny, tak jak książka La Veganista. Superfood. Jedzmy szczęśliwie (LINK), że smakowitości, takie jak pumpkin spice latte,  dal z soczewicą czy pieczone bakłażany nadziewane kaszą, które wprawią na w dobry nastrój nie tylko dzięki doskonałemu smakowi ale także odpowiednio dobranym składnikom, które wspomogą nasz układ immunologiczny czy nerwowy. 


Na warsztatach pojawił się także temat probiotyków, pod postaciom kimchi. I znów okazuje się, że zrobienie własnej kiszonki jest proste i szybkie. Pokroiliśmy kapustę pekińską, dodaliśmy pokrojoną na cienkie paseczki kalarepę, jarmuż, dymkę, imbir, czosnek, wędzoną paprykę i sól, wymieszaliśmy, aż do momentu kiedy warzywa puściły sok,  przełożyliśmy ubijając do słoiczków. Po trzech dniach w słoiku pod przykryciem kapusta była ukiszona. Proste i szybkie, prawda? Zamiast pasteryzowanej lub konserwowanej kiszonej kapusty ze sklepu  (LINK) możemy stworzyć coś co będzie doskonale pasowało do sałatek lub kanapek, takich jak ta ze zdjęć.




Kanapka została zainspirowana także opowieścią o niewegańskim śniadaniu Dominiki, w który połączyła jajecznicę, kimchi i sezam. Nasze jest jak najbardziej roślinne, choć wykorzystuje smaki z opowiadania. Bułka (najlepiej pełnoziarnista :), pasta beztuńczykowa z naszego przepisu (LINK, tylko bez selera naciowego ), bezjajeczne awokado (z tego przepisu LINK), wegański majonej (LINK do przepisu) i kimchi, a wszystko polane odrobiną sosu sezamowego i posypane sezamem. Pyszne po prostu.  

Na warsztatach nauczyłam się też kroić ostrym nożem. Krojąc nie trzymamy np. cebuli dłonią ułożoną poziomo, tylko wykonujemy tą czynność z pionowo ułożonymi, a nawet lekko podkurczonymi palcami. Dzięki temu nie odkroimy sobie opuszków palców ;) Było to olśnienie dla wszystkich uczestnikó warsztatów. 

Warsztaty to oczywiście degustacja potraw, ale także rozmowy o kulisach MasterChef'a (dwóch uczestników warsztatów ma zamiar zgłosić sięe do programu), podróżach tych prawdziwych i kulinarnych. Jedzenie ma jeszcze jedną funkcję, społeczną o której jakby się trochę ostatnio zapomniało. Wspólne posiłki łączą ludzi, przyjaciół, rodziny, jest okazją do dzielenia się nie tylko jedzeniem, ale historiami i przemyśleniami. Szkoda, ze przez współczesny tryb życia coraz trudniej o wygospodarowanie takich chwil. 

Taka garść banałów na niedzielę. Miłego dnia i dużo zdrowia oczywiście :)



You Might Also Like

4 komentarze

  1. Jadłabym tylko comfort food:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajna idea, niby banał, a czasami ktoś po prostu musi nam przypomnieć o tym, że proste rzeczy cieszą :)

      Usuń
  2. Fajny artykuł, przeczytałam z zaciekawieniem. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się bardzo, ze zainteresował Ciebie :) Pozdrawiam !

      Usuń